State of Decay – pierwsze wrażenia

State of Decay – pierwsze wrażenia

Jun 16
State of Decay – pierwsze wrażenia

Coś dużo tych żywych trupów ostatnio. The Last of Us, skończyłem The Walking Dead i dojrzewam do recenzji, a teraz na trzecią nóżkę dorzuciłem sobie State of Decay, który rzekomo jest połączeniem strategii, zręcznościówki i gry o przeżyciu w postapokaliptycznym świecie.

State of Decay robi fatalne pierwsze wrażenie. Grafika jest tak brzydka, że człowiek aż przeciera oczy ze zdumienia. Takie paskudztwo na koniec generacji? Kanciaste postaci, rozpikselowane wszystko, przenikające przez ściany ręce, głowy, nogi, a nawet całe postacie (udało mi się bez większych problemów przeteleportować do wnętrza budynku podczas walki). Pod tym względem jest źle, a nawet bardzo źle.

Natomiast pod każdym innym jest kapitalnie. Nie spodziewałem się, że komuś uda się jeszcze zrobić grę, która mnie całkowicie zaskoczy i której mechanizmów będę się musiał uczyć od zera. Gramy tu bowiem nie jedną postacią, ale ich grupą, w zasadzie dowolnie powiększając społeczność ludzi, którzy przeżyli. Codziennie trzeba ich karmić, trzeba im zapewnić miejsca do spania, a jeśli będziemy grali prawidłowo to kto wie, może nawet uda nam się założyć ogród i zacząć produkować ekologiczną ropę do silników Diesla. Liczba możliwych do stworzenia w każdej bazie udogodnień jest spora.

Trzeba się natomiast przestawić z dominującego obecnie na rynku modelu grania według misji wyznaczanych przez grę. Ja ruszyłem trochę za bardzo naprzód, ufny w moc zielonej strzałki oznaczającej główną misję i zaniedbałem swoją społeczność plus zamęczyłem postać, którą najczęściej grałem. Powinienem był grać paroma postaciami, powinienem był przeczesać okolice bazy, powinienem był wleźć na wieżę i się rozejrzeć, czy w okolicy nie znajduje się coś interesującego.

Tak, w State of Decay gra się unikatowo. Chodzę teraz po opuszczonych domostwach, tłukę zombiaki i na gwałt szukam jedzenia, bo mi w bazie już zaczęli słabnąć. Na szczęście w miasteczku pełno jest samochodów, więc najczęściej, gdy zaatakuje mnie horda zombiaków, pędzę do najbliższej fury, a potem rozjeżdżam całe towarzystwo. Jest achievement za zabicie zombiaka otwartymi drzwiami.

Dziwna gra, której trzeba poświęcić trochę czasu, żeby ją zrozumieć, ale czuję w niej jakąś moc, która nie pozwala mi się od niej oderwać. O dziwo na razie odstawiłem The Last of Us tylko po to, żeby wgryźć się w zasady State of Decay. Zagrajcie w tę grę. Premiera na pecety pod koniec czerwca.

5 comments

  1. avatar
    heileris

    Brzmi jak DayZ singleplayer na konsole.

  2. avatar
    bladdvontill
  3. avatar
    Pit

    Chętnie ogarnę ,skończyłem The Walking Dead , generalnie uwielbiam serial i mam słabość do tematyki o kiwających się kreaturach 🙂

  4. avatar
    Cubituss

    Poprawka, wersja pecetowa “not really soon”. Jak macie Xboxy, to naprawdę jest to coś wyjątkowego. Dzisiaj poogarniałem kolejne 2 godzinki i jest moc.

  5. avatar
    Votiak

    Wczoraj wieczorem grałem w demo i miałem takie same odczucia. ZAJEBISTA GRA, w końcu jakiś powiew świeżości. Słaba grafa mi nie przeszkadza, podoba mi się ten jesienny las. Ciekawe, ile jest godzin gameplayu.

Leave a Reply