The Walking Dead – recenzja

The Walking Dead – recenzja

Jun 17
The Walking Dead – recenzja

Jakiś czas temu zachęcałem do kupna pakietu promocyjnego Humble Bundle, w którym znajdowało się poza innymi grami firmy Telltale również ich opus magnum, czyli The Walking Dead. Nosiłem się z zamiarem kupna tej gry już parę razy, ale zawsze coś mi przeszkadzało. A to w coś grałem, a to wyjeżdżałem, a to zapominałem. Wreszcie dzięki Humblom się udało, a po skończeniu wszystkich pięciu epizodów i ponownym podjęciu paru kluczowych decyzji (sprawdzałem, co się stanie) wiem, że trzeba było kupić tę grę od razu w momencie premiery pierwszego epizodu.

Bo The Walking Dead to unikatowe doświadczenie. Można się zżymać na przygodówkową mechanikę i przyznaję, jeśli komuś nie leżą przygodówki, to i tutaj raczej ich nie pokocha. Gra jednak klasyczne zagrywki w “znajdź przedmiot i go użyj” bardzo sprawnie maskuje, a do tego sprawiła, że grałem w nią w niespotykanym jak na przygodówkę napięciu.

The Walking Dead opowiada historię o zombiakach, co powinno mnie od razu zniechęcić, ale się przemogłem i dobrze zrobiłem. Gra stawia bowiem na szybkie podejmowanie decyzji i później konsekwencje tych decyzji oddawane są w fabule. Gramy niejakim Leem, czarnoskórym, basogłosym człowiekiem z przeszłością. Wkrótce spotyka on małą dziewczynkę, Clementine, którą zaczyna się opiekować. Potem na jego drodze staje sporo całkiem sporo barwnych postaci, o losie których przychodzi mu decydować nierzadko w ułamku sekundy.

To przygodówka błyskawiczna, stale nas popędzająca. Niemal wszystkie dialogi mają ograniczenie czasowe, sporo tu też wydarzeń, podczas których trzeba zareagować niemal natychmiast. Ratujemy chłopczyka czy dorosłego? Zostawiamy dziewczynę czy może jej wybaczamy? Moralniak po tych scenach pojawia się coraz silniejszy, a im dalej w grę, tym wybory trudniejsze, mniej oczywiste i bardziej dramatyczne.

Oczywiście przy ponownym podejściu do gry iluzja pryska. Jeśli uratowaliśmy gościa na początku, i on zginął pod koniec, to uratowana zamiast niego dziewczyna zginie w dokładnie tym samym miejscu, co on. Jak będziemy się zachowywali jak ostatni dupek, fabuła i tak pójdzie tak, jak poszła, gdy graliśmy aniołem. Zmiany są w znaczącej większości kosmetyczne, acz w chwili podejmowania decyzji mamy takie poczucie, jakbyśmy uruchamiali kompletnie nowy rozdział opowieści, i przez chwilę czułem się zawiedziony.

Ale potem zrozumiałem geniusz dziewczyn i facetów z Telltale Games. Oni dali mi linię fabularną o nakreślonych ogólnych zarysach, a ja tę linię wypełniłem swoim Lee, jego decyzjami i jego zmaganiem z innymi ludźmi, sobą samym oraz tłumami zombiaków. Dlatego też każda opowieść każdego Lee będzie wyglądała nieco inaczej, bo gra gdzieś tam w tle liczy, która postać w jakim stopniu nas lubi, i dobiera chociażby nieco inne ścieżki dialogowe.

Dla niektórych długa droga prowadząca do fantastycznego fabularnego finału usłana więc będzie różami, dla innych zaś będzie drogą przez mękę. Ja starałem się być miły, ale jak teraz się zastanawiam, to mój Lee przypominał trochę mnie samego, bo parę razy stracił cierpliwość i podjął ostateczne, kategoryczne decyzje.

Jedyne, co mi w The Walking Dead przeszkadzało, to problemy pierwszego świata, a konkretnie amerykańskiego pierwszego świata. Każdy, kto oglądał serial albo czytał komiks, powinien mnie zrozumieć. Kto dowodzi i dlaczego? Kto komu ufa? Czemu ktoś powiedział coś niedobrego i jeszcze łypnął na mnie okiem? Czemu skłamałeś dwa dni temu, gdy pytałem, czy miałeś psa? Jest w grze kilka takich fragmentów, gdzie te amerykańskie problemy wychodziły mi już bokiem i stawałem wówczas na krawędzi wyłączenia gry i zrobienia sobie chwili odpoczynku.

Mimo tych chwilowych przesytów emocjami, które dla mnie są fabanerią, bawiłem się świetnie, chociaż czasownik “bawiłem się” nie oddaje tego, jak bardzo The Walking Dead wymęczył mnie psychicznie. To świetna opowieść, którą wypełnia się sobą samym i to wystarczający powód, żeby przełknąć i te amerykanizmy, i te zombiaki. Z całego serca polecam każdemu, kto chce w grach zobaczyć coś więcej.

12 comments

  1. avatar
    damciban

    Jak dla mnie ścisła czołówka najlepszych gier 2012 roku. Już bardzo dawno nie byłem tak mocno zaangażowany w los postaci z gry, a początek ostatniego epizodu sprawił, że było mi słabo i bolały mnie ręce.

  2. avatar
    Zbyszek

    Ja również wskoczyłem na wagonik the walking dead stosunkowo późno. Słyszałem o grze w samych superlatywach ale jakoś cały ten hype ominął mnie bokiem. Do czasu kiedy się rozchorowałem i zaczęło się myślenie co to robić w pustym domu i itunes przypomniał mi o grze podsuwając pierwszy epizod za darmo.
    Spodobało się! Z początku czułem się trochę oszukany, bo mimo, że znam dobrze to jednak nie czytam po angielsku tak szybko jak po polsku ale jakoś rozeszło się po kościach.

    Cieszę się, że wspomniałeś o mechanice wyborów. Gra nie oferuje nam nic bardziej innowacyjnego niż to co już widzieliśmy.. ale potrafi bardzo dobrze to zakamuflować dając nam wrażenie że każdy wybór jest wyjątkowy. Myślę, że to mieszanka świetnej fabuły i limitu czasowego na odpowiedź.

    Polecam każdemu spróbować – pierwszy epizod jest darmowy(iOS)

  3. avatar
    rh

    Ja kupiłem jak było w promocji na PS+, świetna gra, historia do mnie przemawiała, grałem rzeczywiście wkładając w Lee siebie i traktując Clementine jak przybrany ojciec. Tymbardziej koniec na mnie wpłynął..

  4. avatar
    Screwball

    Wykonałem identyczny manewr – również wpadła humble paczka i również dopiero co skończyłem grać. Wspaniała rzecz, na koniec się poryczałem 😉 Należy jednak wspomnieć o słabej stronie technicznej, sterowanie padem na pc jest niedopracowane, zdarzyło mi się też kilka gliczy (rozmawiałem np. z dwoma osobami na raz). Na szczęście to wszystko pierdoły – WD to zdecydowanie najlepsze doświadczenie growe, jakie mnie spotkało w tym roku.

  5. avatar
    gro

    Kumpel namówił mnie do kupienia TWD jeszcze latem tamtego roku. Pamiętam ból, kiedy musiałem czekać na trzeci epizod po skończeniu pierwszych dwóch. Moim zdaniem jest to jedna z lepszych gier 2012. Mam nadzieję, że nadchodzące DLC “400 days” będzie tak samo dobre.

  6. avatar
    henio

    Nic nowego tu nie napiszę – to świetna gra, fabuła wciąga jak diabli i dostarcza większych emocji niż większość gier. Takie słabsze Heavy Rain – tam wpłytw wyborów na fabułę i zakończenie był jednak większy (nie mówiąc już o lepszym wykonaniu technicznym gry).

  7. avatar
    aKuKu!

    To są gry jakich oczekuję – z klimatem, możnością wczucia się w bohaterów, ich losy, a przede wszystkim z wywołującą emocje fabułą. Wszystko łączy się w całość i jeśli w grze to występuje, jest to dla mnie gra kompletna. Jak TWD i Heavy Rain. Dorzucę do tego jeszcze Wiedźmina pierwszego, gdzie czuć było słowiański, nie do podrobienia klimat książki. Niestety dwójka poszła w nieco innym, bardziej amerykańskim kierunku. Sto razy wolę przeżyć takie doświadczenia, niż strzelać się w CoDach czy BFach.

  8. avatar
    Simplex

    To jest świetna gra, ale (IMO) to nie jest przygodówka, klasyczne elementy przygodowe są tu zredukowane do absolutnego minimum, gra przechodzi się prawie że sama (oczywiście gracz podejmuje wybory i prowadzi dialogi, ale praktycznie nie ma sytuacji w której nie wiadomo co dalej robić i używa się wszystkiego na wszystkim). W sumie ciężko przypisać TWD do jakiegoś konkretnego gatunku, mi się trochę kojarzy z interaktywnym filmem (dramatem do tego). Interactive zombie drama 😉

  9. avatar
    Gregys

    Nie dałem rady skończyć pierwszego epizodu, tak mnie ta gra wynudziła i tak bardzo nie lubiłem jej bohaterów. Temat zombie zawsze mnie przynudzał, a tutaj jest to dodatkowo okraszone tyloma kalkami, że nie uniosłem. Już początkowa scena z ładowaniem shotguna wywołała u mnie żenadę, a później było coraz gorzej…

    Czy można się pozbyć Clementine zaraz na początku przygody, czy też trzeba się z nią męczyć przez wszystkie epizody?

  10. avatar
    sadsadsad

    gregys wracaj do CoDa

  11. avatar
    Gregys

    CoDa też nie lubię 🙂

  12. avatar
    antyfan

    Niestety nie rozumiem zachwytów. Wybory są iluzoryczne i kiedy po przejściu pierwszego epizodu sprawdziłem na youtube, jak potoczyłaby się akcja, gdybym wybrał inaczej, poczułem się zwyczajnie robiony w konia.

    “Odgrywanie” postaci nie może zastąpić rzeczywistego wpływu na fabułę. Która chwilami jest zwyczajnie głupia (zgadzam się z przedmówcą, który pisał o kalkach).

    Jeszcze te maślane oczka głównego bohatera i przesłodzona relacja z Clementine, brrr. Niestety, kolego Gregys, trzeba niańczyć bachora do samego końca.

Leave a Reply