Deal

Deal

Apr 02

W ubiegłą niedzielę zawarłem układ z moją żoną. Dwa tygodnie nielimitowanego grania w Fallouta 3 w zamian za natychmiastowe, wiosenne zakupy ciuchowo-butowo-torebkowe. Ona bierze z półki co chce, ja płacę i nie wnikam w cenę. Dzięki temu mogę włączyć konsolę kiedy mam ochotę. Jedeny wyjątek – Kasia ma prawo przejąć telewizor na wspólne oglądanie ulubionych serialów.

Uprzedzę od razu wyciągających pochopnie wnioski mężczyzn, którym wydawać by się mogło że mój związek opiera się na wymianie dóbr materialnych i walkę o miejsce przed telewizorem. Bynajmniej. Kocham moją żonę za wiele rzeczy, z czego jedną z nich jest napewno zrozumienie dla mojego uber-hobby czyli gier. I tutaj ciekawe spostrzeżenie. Temat “moja kobieta a gry” wałkowany był na usnetach, forach i blogach setki raz, ale z reguły końcowy wniosek różnił się od tego jaki wyciągnąłem w ostatni weekend.

Młodsi gracze uważają czesto że najfajniejsza dziewczyna to taka, która sama gra – bo wtedy rozumie ich pasję. Bullshit. Grająca kobieta to tylko problem i zagrożenie dla dostępności do naszej konsoli. No chyba że stać nas na komfort posiadania dwóch. Ale to może szybko przerodzić się w potężny separator każdego związku. Ja do swojej gry, żona do swojej. Nie mam tak i nie chciałbym tak.

Drugi potencjalny ideał to kobieta która po prostu toleruje gry. To nie jest zła opcja dla nałogowca, pod warunkiem że nie czuje on potrzeby dzielenia się ze swoją drugą połówką wrażeniami płynącymi z rozgrywki. Ja darowałem sobie to już dawno. Kasi nie interesują moje gry, czasami rzuci okiem, jedyne w co zagramy wspólnie raz na miesiąc to Virtua Tennis, ale to chyba dlatego że w przeciwieństwie do mnie żona lubi naprawdę pograć na korcie. Nie zanudzam jej opowieściami o tym w co tłukę, wystarczy jej stres związany z nagłymi, siarczystymi gejmingowymi wiązankami które czasami lubią odbić się od ścian w naszym mieszkaniu.

Ale ostatni weekend pokazał co jest naprawdę najważniejsze w kobiecie gracza. A jest tym umiejętność wyczucia u swojego faceta momentu, kiedy naprawdę trafił na zajebistą grę. Tak było z Falloutem. Mimo że spodziewałem się że gra będzie dobra, nie wiedziałem że wciągnę się aż tak. Być może dlatego że rzadko gram w RPGi, jako że znakomita ich większość utrzymana jest w infantylnej i wtórnej konwencji fantasy, którą literalnie rzygam. A F3 pochłonął mnie bez reszty z czego moja żona szybko zdała sobie sprawę. Konsekwencją takiej detekcji jest dostosownie się do sytuacji. I stąd pewnie propozycja nie do odrzucenia.

Nie pamiętam ile wydałem na zakupach, zresztą oboje staramy się zachować zdrowy rozsądek w naszym dealu. Co ciekawe, świadomość że mogę w każdej chwili, bez słowa dyskusji, przekomarzania się i negocjacji usunąć z ekranu telewizora znienawidzone TVN Style czy inne Brzydule pozwala mi spokojnie przed graniem pójść na spacer czy basen. Trochę ten spokój ducha  pewnie mnie kosztował, ale tym  będę się martwił kiedy bank wyśle mi rozliczenie karty. Póki co kończe i wracam przed telewizor. Zostało mi jeszcze tylko 10 dni!

15 comments

  1. avatar
    Oio

    Wszystko super, ale Fallout 3? 😉 Moze jest tak jak piszesz: kwestia malego doswiadczenia z RPGami. To co ja odebralem jako krok w tyl (dasz wiare, ze 2 zdania wystarcza, zeby koles przestal cpac?) dla Ciebie moze byc koniecznym konsolowym uproszczeniem (bo komu by sie chcialo klikac przez 10 stron dialogow).
    A malzonke pozdrawiam: chetnie jej podrzuce jakies inne nudne tytuly cobyscie oboje byli szczesliwi 😛

  2. avatar
    massca

    Heh, dyskusje o Falloucie zostawie sobie na potem, kiedy skoncze gre i sie wypowiem w całości. Na pewno pierwsze 10 czy 20 godzin gry dostarczyło mi masę zabawy i chcę więcej. Przechodzenie przez 10 stron dialogow faktycznie specjalnie mnie nie bawi.

  3. avatar
    Bucefau

    Najlepsza kobieta dla dużego dzieciaka lubiącego pograć to taka z własnym mieszkaniem, własnym telewizorem i własnym życiem. Bez szowinizmów i jakichś przedmiotowo pieniężnych jazd – taka która lubi zawitać w dogodnej dla obu stron chwili, pogadać, wypić lampkę wina i różne takie, czasem zostać na weekend – a potem wrócić do swoich spraw, zostawiając gracza swoim.

  4. avatar
    cymcyk

    Heh massca dzięki:D mam już kolejny powód żeby się nie żenić;)

  5. avatar
    cymcyk

    A chrapkę na F3 też mam dużą

  6. avatar
    Śledziu

    Pozwolę sobie nie zgodzić się z kwestią, że kobieta lubiąca grać to “zagrożenie”. Obecnie jakieś 90% czasu, który spędzam z konsolą to czas spędzony wspólnie z moją konkubiną. Kiedyś Army of Two, Halo 3(jeszcze się zdarza), obecnie Gears of War 2. Mamy swoje profile i wykupione gold abo, multi na splicie( lub na dwie konsole, jeśli zdołamy rozbujać starego XO, bo napęd mu siada, 2 kopie GoW2 i para LCD również na stanie). A chodzi mi o to, że nie wyobrażam już sobie rozgrywki samotnie, za każdym razem, kiedy odpalam grę solo, odczuwam potężny brak.

    Obecnie, przeglądając co nowego wychodzi, pierwszą rzeczą, na jaką zwracam uwagę jest co-op.

    I tak BTW, pozwolę sobie(to już drugie pozwolenie sobie) na zaserwowanie dwóch linków, które wzbogacą dyskusję, bo poruszają podobny problem:
    http://motywdrogi.pl/2009/04/03/hej-ash-w-co-tam-grasz/
    http://2jump.blogspot.com/2008/08/fele-1.html

  7. avatar
    Cubituss

    U mnie granie jest postrzegane jako zło konieczne, a tyrady na jego temat traktowane jako nieszczęśliwy i niepotrzebny szum tła ;). Odpowiada mi ten stan, bo żona rozumie, że granie jest moim hobby i moją pracą – i że czasami muszę pójść w ostry cug.

    Chociaż ostatnio przyznała mi się, że gdy byłem w wowowym cugu (sprawdźcie jeden z pierwszych wpisów na tym blogu), to była o krok od zawinięcia się z walizką i dzieciakami. Co więcej, prawdopodobnie nawet bym tego nie zauważył wtedy…

  8. avatar
    Śledziu

    Swoje “cugi” nawzajem trzeba szanować:) Ja wpadam w “cug” kiedy siedzę nad nowym komiksem( z grami zdarza mi się to już bardzo rzadko), nie ma mnie przez trzy, cztery tygodnie. Właściwie istnieję jedynie, jako paszcza pochłaniająca pety i żarcie. Ale taką mam pracę. Aśka ma również swoje cugi, często związane z nauką. Wtedy ja robię codziennie obiadki, śniadanka, zmywam itp. Zdrowy balans.

    Inną mańką są uzależnienia. Jak pisałeś, granie w WoW stało się niebezpieczne dla twojego związku, więc balans został zachwiany. Od tego typu wynalazków trzymam się z daleka.

  9. avatar
    Cubituss

    Całkiem słusznie, ja na razie też. Ale czuję czasami, że chciałbym grać “więcej”, hobby to jednak uzależnienie jest mimo wszystko.

    Moje cugi mają miejsce na szczęście głównie w pracy, z której staram się wychodzić w miarę o czasie, ale niekiedy zdarza się siedzenie jak jest kilka deadline’ów w niedalekich odstępach.

  10. avatar
    Kotlet

    Pakt z Diabłem;p;p;p

  11. avatar
    Cubituss

    Mów co chcesz, ale ja jednak potrzebuję kogoś do kochania (w każdym znaczeniu tego słowa).

    Co ciekawe, największy destrukcyjny wpływ na granie ma nie żona, tylko dzieciaki. Póki Młody był mały, grałem przy nim we wszystko (włącznie z The Suffering), ale jak zaczął postrzegać rzeczywistość inaczej niż “mama, tata, kolorowe plamy”, przestałem. BTW przy okazji wyszło, że 95% gier, w które lubię grać, absolutnie nie nadaje się dla dzieci…

    Muszę zainwestować w PS3 i LBP chyba 🙂

  12. avatar
    Femi

    to był całkiem niezły układ 🙂 14 dni szybko minie a ciuchy/torebka/buty w szafie będą 🙂
    związek dwojga graczy wcale nie jest łatwiejszy ( tak, rzeczywiście trzeba się starac by nie znaleźc się nagle w różnych światach ) ale jak dobrze dzielic z drugą bliską osobą swoje pasje.
    Jestem graczem, ostanio wiecej konsolowym, z racji tego, że mam już dośc starego laptopa. Mój M. jest pecetowcem i jak uparcie twierdzi pad nie jest dla ludzi 😉 ale i tak gdy biedzę się pół wieczoru nad achievem 20x boost w Bournoucie przychodzi i wkur…. się następne pól wieczoru robi mi tego achieva :)) Chyba mnie kocha 😀

  13. avatar
    z3r0_aka_yebaka

    Piękna historia, uśmiałem się po pachy z moją lepszą połówką. Zaraz po lekturze podchwyciła – “to co, kiedy idziemy na zakupy” 😉

  14. avatar
    daboyda

    Moja Pani nie gra i nie lubi grać. I dobrze, zresztą ma hobby przy którym gry są… spokojne. (Wyczynowo uprawia karate kyokushin.)
    A ja wyczynowo gram (gdy pojawia się gra warta tego – ostatnio Mass Effect).

    Jest jeden jedyny wyjątek: Singstar. W to moja Pani gra – zresztą nie tylko ona, grają w to jej matka, siostra, bracia, moi rodzice…
    Absolutnie polecam jeśli ktoś chce, by nie grająca połówka jednak pograła.

  15. avatar
    m1sza

    Koment trochę po czasie, ale co tam ;). Mam grającą żonę. Na szczęście konsol mi nie zajmuje, bo gra w MMO – zakochana w Warhammer Online, uwielbiała WoW, ale zżerał jej za dużo czasu (o rly? :P). Na PC gra też w jakieś settlersowate gierki + logiczne. X’a zajmuje mi czasem po to, żeby pograć w Hexica. Generalnie nie narzekam – ja sobie spokojnie gram na konsoli, żona na PC i jest gitara ;).
    Chcę ją namówić na co-opa w Lego Indiana Jones. :>

Trackbacks/Pingbacks

  1. Strach jako element rozgrywki | Zagraceni.pl - Blog graczy po 30-ce - [...] ostatnio w jednym z komentarzy do tego wpisu, że większość gier, w które gram, nie nadaje się dla dzieci…

Leave a Reply